Pełna sprzeczności bywam.
Z jednaj strony uzależniona od ludzi, lgnę do nich jak mały szczeniaczek.
Z drugiej - patrzę na nich spod rudej grzywki, a w moich oczach jest wrogość. Denerwują mnie. Nie lubię ich nawet ich nie znając.
Idę przez miasto, właśnie zjadłam jabłko. Wlokę się przez ulice z tym nieszczęsnym ogryzkiem w ręku i przez pół godziny nie mogę spotkać żadnego kosza na śmieci. Nie mogę pozbyć się dowodu zbrodni dokonanej na niewinnym owocu. Niecierpliwa jestem, rezygnuję - ogryzek ląduje w krzakach.
Przyjeżdżam po pracy do domu i robię porządek w torebce. Stosik na stole się powiększa: Puste paczki po papierosach, bilety, opakowania po cukierkach czy gumach do żucia, notatki, które straciły swą ważność, zużyte karty telefoniczne, paragony (po kiego diabła wożę ten śmietnik ze sobą od tygodnia?). Stosik ląduje w koszu.
Rodzinny wypad nad wodę. Cudne jeziorko, kilka drzew, jakieś krzaki, spalona słońcem trawa na polanie. Rzygać się chce. Całość aż się mieni kolorami: Opakowania po chipsach, puszki, butelki, papierki, reklamówki.
My też musimy jeść aby żyć. Papier z kanapki służy jako magazyn na skorupki od jajek, skórki z ogórków. Reklamówki to prowizoryczne kosze, plastikowe butelki wracają do domu - na jutro też zamrozimy sobie w nich sok.
Ludzie. Po godzinie wykonanie slalomu między kocami rozłożonymi na plaży przestaje być możliwe. Mam to gdzieś - wędruję przez środek czyjegoś koca upiaszczonymi stopami. Moje spojrzenie zniechęca właścicieli od komentowania.
Grzejmy się na kocu. "Ciszej, synku, nie wszyscy chcą nas słuchać" - strofuję łagodnie pociechę. Obok nas jakaś rodzinka w doskonałych humorach spędza weekend.
- Hehehe, kurwa - ryczy wesolutko dziadek.
- No, ja pierdolę - wtóruje mu chichocząc mama...
Grill grilla grillem pogania. Miałam się opalać, nie udało się - uwędziłam się tylko. Patrzę na grillujących z zazdrością. Oczyma duszy widzę wieczór, ognisko, kochanych ludzi otaczających ogień. Jakaś gitara, nieśmiały śpiew. Spalona na wiór kiełbasa, ziemniaki z popiołu nie podlane piwem...
Wypływam daleko w jeziorko, by uwolnić się na trochę od tych wszystkich ludzi. Bliżej brzegu można paść od alkoholowych wyziewów innych pływających. Synuś - twardziel - płynie za mną. Śmieszny jest z tym kółkiem. Muszę troszkę wrócić ze względu na niego. Jest bardzo dumny z pokonania takiego dystansu, z tego, że pokonał swój strach. Ja jestem dumna z niego. Matka i Syn razem. Sielanka. Cieszę się chwilą, niedługo niestety. Obok nas trzech kretynów z obowiązkowym chmielowym oddechem szaleje w wodzie. Jeden z nich przewraca się razem z materacem, tworząc falę, która zalewa synkowi buzię. Mały przerażony łapie oddech. Ja chciałabym, żeby ów kretyn nie wypłynął spod swojego materaca. Przecież można było się bawić parę metrów dalej nie czyniąc nikomu krzywdy.
Kłótnia z synkiem, bo nie mówiąc nic nikomu poszedł "popływać". Idę rzucić na niego okiem. Tak na wszelki wypadek, chociaż raczej jestem o niego spokojna. Na wodzie ponton w pontonie roczny dzieciaczek. Rodzina dzieciaczka griluje na brzegu kilkanaście metrów dalej, ratując się przed upałem chłodnym piwkiem.
Weekend na łonie natury nas wykończył. Wracamy do domu odpocząć. Zwijamy obozowisko. Nasze śmieci magazynowane przez cały pobyt w jednym miejscu transportujemy do najbliższego kosza. Dodatkowo każdy z nas zbiera dodatkowo po jednym "nie naszym" śmieciu.
"Dla wszystkich starczy miejsca, pod wielkim dachem nieba"? Wątpię...
Ps. Tata tylko raz poszedł popływać... Potem, ze swoją ograniczoną sprawnością ruchową nie miał już szans dostać się dowody pomiędzy plażowiczami, którzy musieli rozkładać swoje bety na mikroskopijnym skrawku plaży...
NIE LUBIĘ LUDZI
Z jednaj strony uzależniona od ludzi, lgnę do nich jak mały szczeniaczek.
Z drugiej - patrzę na nich spod rudej grzywki, a w moich oczach jest wrogość. Denerwują mnie. Nie lubię ich nawet ich nie znając.
Idę przez miasto, właśnie zjadłam jabłko. Wlokę się przez ulice z tym nieszczęsnym ogryzkiem w ręku i przez pół godziny nie mogę spotkać żadnego kosza na śmieci. Nie mogę pozbyć się dowodu zbrodni dokonanej na niewinnym owocu. Niecierpliwa jestem, rezygnuję - ogryzek ląduje w krzakach.
Przyjeżdżam po pracy do domu i robię porządek w torebce. Stosik na stole się powiększa: Puste paczki po papierosach, bilety, opakowania po cukierkach czy gumach do żucia, notatki, które straciły swą ważność, zużyte karty telefoniczne, paragony (po kiego diabła wożę ten śmietnik ze sobą od tygodnia?). Stosik ląduje w koszu.
Rodzinny wypad nad wodę. Cudne jeziorko, kilka drzew, jakieś krzaki, spalona słońcem trawa na polanie. Rzygać się chce. Całość aż się mieni kolorami: Opakowania po chipsach, puszki, butelki, papierki, reklamówki.
My też musimy jeść aby żyć. Papier z kanapki służy jako magazyn na skorupki od jajek, skórki z ogórków. Reklamówki to prowizoryczne kosze, plastikowe butelki wracają do domu - na jutro też zamrozimy sobie w nich sok.
Ludzie. Po godzinie wykonanie slalomu między kocami rozłożonymi na plaży przestaje być możliwe. Mam to gdzieś - wędruję przez środek czyjegoś koca upiaszczonymi stopami. Moje spojrzenie zniechęca właścicieli od komentowania.
Grzejmy się na kocu. "Ciszej, synku, nie wszyscy chcą nas słuchać" - strofuję łagodnie pociechę. Obok nas jakaś rodzinka w doskonałych humorach spędza weekend.
- Hehehe, kurwa - ryczy wesolutko dziadek.
- No, ja pierdolę - wtóruje mu chichocząc mama...
Grill grilla grillem pogania. Miałam się opalać, nie udało się - uwędziłam się tylko. Patrzę na grillujących z zazdrością. Oczyma duszy widzę wieczór, ognisko, kochanych ludzi otaczających ogień. Jakaś gitara, nieśmiały śpiew. Spalona na wiór kiełbasa, ziemniaki z popiołu nie podlane piwem...
Wypływam daleko w jeziorko, by uwolnić się na trochę od tych wszystkich ludzi. Bliżej brzegu można paść od alkoholowych wyziewów innych pływających. Synuś - twardziel - płynie za mną. Śmieszny jest z tym kółkiem. Muszę troszkę wrócić ze względu na niego. Jest bardzo dumny z pokonania takiego dystansu, z tego, że pokonał swój strach. Ja jestem dumna z niego. Matka i Syn razem. Sielanka. Cieszę się chwilą, niedługo niestety. Obok nas trzech kretynów z obowiązkowym chmielowym oddechem szaleje w wodzie. Jeden z nich przewraca się razem z materacem, tworząc falę, która zalewa synkowi buzię. Mały przerażony łapie oddech. Ja chciałabym, żeby ów kretyn nie wypłynął spod swojego materaca. Przecież można było się bawić parę metrów dalej nie czyniąc nikomu krzywdy.
Kłótnia z synkiem, bo nie mówiąc nic nikomu poszedł "popływać". Idę rzucić na niego okiem. Tak na wszelki wypadek, chociaż raczej jestem o niego spokojna. Na wodzie ponton w pontonie roczny dzieciaczek. Rodzina dzieciaczka griluje na brzegu kilkanaście metrów dalej, ratując się przed upałem chłodnym piwkiem.
Weekend na łonie natury nas wykończył. Wracamy do domu odpocząć. Zwijamy obozowisko. Nasze śmieci magazynowane przez cały pobyt w jednym miejscu transportujemy do najbliższego kosza. Dodatkowo każdy z nas zbiera dodatkowo po jednym "nie naszym" śmieciu.
"Dla wszystkich starczy miejsca, pod wielkim dachem nieba"? Wątpię...
Ps. Tata tylko raz poszedł popływać... Potem, ze swoją ograniczoną sprawnością ruchową nie miał już szans dostać się dowody pomiędzy plażowiczami, którzy musieli rozkładać swoje bety na mikroskopijnym skrawku plaży...
NIE LUBIĘ LUDZI
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz