PROLOG
Notka dzisiejsza (łącznie z epilogiem) to przepisany dosłownie fragment mojego jak najbardziej intymnego pamiętnika.
Niewtajemniczonych informuję, że wydarzenia działy się w Atenach (chociaż jakie to ma w sumie znaczenie...).
13.02.2005 (niedziela)
Szczególny dzień. Jesteśmy u Marty. Jej mama czuje dziwny swąd, ale ojciec uspokaja ją, że przed chwilą palił papierosa i to jest źródłem nieprzyjemnego zapachu.
Awantura na klatce schodowej. Nagle wysiadły korki w mieszkaniu. Krzyki na klatce coraz głośniejsze. Ojciec Marty wygląda na zewnątrz. Zatrzaskuje drzwi.
- Jest pożar, wszyscy na zewnątrz!
Zbieramy kurtki, torebki, telefony, klucze... Ubieramy sie. Jeszcze pomagam ubrać się Małgosi. Nie zapinam butów, bo szkoda czasu. Wychodzimy.
Nie wiedziałam w co wchodzę, zaczerpnęłam powietrza... Brak tlenu, sadza w płucach, oddychać nie można. Zatrzasnęły się za mną drzwi. Kompletna ciemność. Nie wiem, gdzie schody, tracę orientację. Jeszcze próbuję znaleźć drogę, ale mam świadomość, że czasu jest niewiele. Panika. I myśl o rodzinie:"Przecież oni nawet nie dowiedzą się co się stało!" Krzyczę (po grecku!):
- Nie widzę wyjścia!
Tracę oddech, tracę nadzieję... i słyszę:
- Gdzie jesteś?
- Nie wiem, nic nie widzę!
Idę w kierunku głosu. Silna ręka łapie mnie za ubranie na klatce piersiowej i ciągnie. Plączę się w niedopiętych butach, upadam.
- Nic, nic, już się zbieram...
Już wiem, że będzie dobrze. Wychodzimy.
EPILOG (dopisany już w kraju)
Z pomocą A. pozbierałam się w miarę szybko. Może tylko pochłonięta sadza przyspieszy przybycie astmy, na którą i tak jestem skazana...
Do dziś jednak jestem wyczulona na zapach spalenizny. Ślad pozostanie na zawsze...
Notka dzisiejsza (łącznie z epilogiem) to przepisany dosłownie fragment mojego jak najbardziej intymnego pamiętnika.
Niewtajemniczonych informuję, że wydarzenia działy się w Atenach (chociaż jakie to ma w sumie znaczenie...).
13.02.2005 (niedziela)
Szczególny dzień. Jesteśmy u Marty. Jej mama czuje dziwny swąd, ale ojciec uspokaja ją, że przed chwilą palił papierosa i to jest źródłem nieprzyjemnego zapachu.
Awantura na klatce schodowej. Nagle wysiadły korki w mieszkaniu. Krzyki na klatce coraz głośniejsze. Ojciec Marty wygląda na zewnątrz. Zatrzaskuje drzwi.
- Jest pożar, wszyscy na zewnątrz!
Zbieramy kurtki, torebki, telefony, klucze... Ubieramy sie. Jeszcze pomagam ubrać się Małgosi. Nie zapinam butów, bo szkoda czasu. Wychodzimy.
Nie wiedziałam w co wchodzę, zaczerpnęłam powietrza... Brak tlenu, sadza w płucach, oddychać nie można. Zatrzasnęły się za mną drzwi. Kompletna ciemność. Nie wiem, gdzie schody, tracę orientację. Jeszcze próbuję znaleźć drogę, ale mam świadomość, że czasu jest niewiele. Panika. I myśl o rodzinie:"Przecież oni nawet nie dowiedzą się co się stało!" Krzyczę (po grecku!):
- Nie widzę wyjścia!
Tracę oddech, tracę nadzieję... i słyszę:
- Gdzie jesteś?
- Nie wiem, nic nie widzę!
Idę w kierunku głosu. Silna ręka łapie mnie za ubranie na klatce piersiowej i ciągnie. Plączę się w niedopiętych butach, upadam.
- Nic, nic, już się zbieram...
Już wiem, że będzie dobrze. Wychodzimy.
EPILOG (dopisany już w kraju)
Z pomocą A. pozbierałam się w miarę szybko. Może tylko pochłonięta sadza przyspieszy przybycie astmy, na którą i tak jestem skazana...
Do dziś jednak jestem wyczulona na zapach spalenizny. Ślad pozostanie na zawsze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz