wtorek, 19 września 2006

Sypiam z Kotsirasem

Pokochałam go jakieś 1,5 roku temu. Zaczęło się od głupiej piosenki, która umilała podróże z dwójką rozbrykanych dzieci. Nauczyłam się tej piosenki na pamięć, choć nigdy jej do końca nie zrozumiałam (moja znajomość języka jest dość wyrywkowa).
Έτσι κι αλλιώς z uśmiechem wspominam wszystkie kilometry przejechane przy grających na pełnych obrotach głośnikach, naszych chóralnych śpiewach i klaskaniu do rytmu. Z czasem nawet mała Μπέμπα słysząc pierwsze takty zaczynała klaskać w swe pulchne łapki...

Przegrałam sobie płytkę, więc po powrocie do Polski nadal miałam go przy sobie... Tęsknoty serca, które tak bardzo chciało do kogoś należeć, które nie potrafiło sobie poradzić z kolejnym niepowodzeniem, koił, sącząc mi do ucha:
Να μ' αγκαλιάζεις για να σ' αισθάνομαι
κι αν δεις να χάνομαι να μ' ανεβάζεις
Να με ησυχάζεις και να με νοιάζεσαι
να με χρειάζεσαι όπως κι εγώ


Siedząc ciągle w kraju, odcięta byłam od możliwości uzupełnienia repertuaru do słuchania. Więc przegraną płytę znałam prawie na pamięć. I wtedy ktoś pomógł mi zainstalować program do ściągania plików z sieci. Oczywiście był pierwszym wykonawcą wklepanym w wyszukiwarkę. I na nowo odżyły wspomnienia greckich czasów.
I później, kiedy zrozumiałam, że czasem przyjaźń jest cenniejsza niż wszystko inne, że czasem świadomość że gdzieś, na końcu świata jest ktoś, kto zawsze rozumie i pamięta wystarczy by przeżyć, by się nie poddać... Właśnie wtedy poznałam kolejną piosenkę:
Μονάχα εσύ να 'σε καλά μη δω στα μάτια σου ούτε δάκρυ
Μπορεί να ζούμε χωριστά μα τότε ζήσαμε μια αγάπη
Να 'σαι κορίτσι μου καλά και όταν ζητάς τον άνθρωπό σου
Θα είμαι κάπου εκεί κοντά ο φύλακας ο άγγελος σου

A zupełnie niedawno spełniłam swoją zachciankę i kupiłam sobie odtwarzacz MP3. Jak się można domyślić, od razu zrzuciłam na niego wszystkie posiadane na dysku pliki. Tak dobrze znane teksty, nabrały teraz zupełnie innego wymiaru. Przez jeden zdezelowany komputerowy głośnik nie było możliwe uzyskanie pełnego wymiaru tych utworów. Dopiero teraz mogę słyszeć pełną barwę jego głosu. głosu, od którego miękną kolana... (jakim cudem facet może tak śpiewać?) głosu, który łapie za serducho i ściska je jak gąbkę.

Noc w noc drażni motyle w moim brzuchu, noc w noc nieustannie mnie zadziwia. Noc w noc odczuwam jego niedosyt, noc w noc zasypiam z Kotsirasem....

wtorek, 5 września 2006

Γεια σας

Το ξέρω - τρελή είμαι - δεν ξέρω γλώσσα και κάνω προσπάθεια να γράψω κάτι... Πιστεύω όμως, ότι έτσι θα μάθω ελληνικά και σιγά - σιγά, θα μπορέσω να γράφω καλά, χωρίς λάθη. Για να γίνει έτσι, χρειάζομαι την βοήθεια σας (όσοι ξέρετε γλώσσα). Αν θα δείτε κάτι λάθος - πείτε μου, και μαζί θα το φτιάξουμε καλά...

Τώρα βλέπω πόσες λέξεις μου λείπουν -δεν μπορώ να πω αυτά που θέλω... Ελπίζω όμως να αλλάξει και αυτό...

Χαιρετίσματα σε όλους...

niedziela, 13 sierpnia 2006

Niespokojna

Bo trauma znowu wróciła

Bo jedna sekunda wystarczyła
By z weekendowego błogostanu
W duszy zagościła panika

To nigdy nie minie...

niedziela, 6 sierpnia 2006

Spotkanie

Nie lubię czekać. W listopadzie dowiedziałam się, że mamy spotkać się w sierpniu. Moja ciekawość nie miała granic. Bez przerwy zastanawiałam się, jak będziesz wyglądać. Od początku wiedziałam, że Cię pokocham - co do tego nie było wątpliwości. Wizja wspólnego życia przerażała mnie, więc starałam się o tym nie myśleć.

Tymczasem życie biegło swoim torem. Szkoła, dom, spotkania z przyjaciółmi, mniejsze lub większe problemy dnia codziennego. Liczyłam dni, było ich strasznie dużo. Ciekawość mieszała się ze strachem, ale była od niego silniejsza. Czekałam...

Przez ten czas wiele razy z Tobą rozmawiałam, mimo że jeszcze Cię przy mnie nie było. Przynajmniej nie tak do końca...Wyobrażałam sobie, że głaszczę Cię po policzku - masz bardzo miękką skórę... Wiedziałam już, że Cię kocham, bez względu na wszystko. Bez względu na to, jak wyglądasz, kim jesteś. Kocham Cię bardziej niż życie. Bardziej niż siebie.

Wszystko było już gotowe do naszego spotkania. Nie pozostało mi nic innego jak tylko czekać. rok szkolny się skończył, więc dni jeszcze bardziej się dłużyły. starałam się zająć czymkolwiek, żeby czas szybciej płynął, al i tak miałam mnóstwo czasu na myślenie o Tobie, o nas, o przyszłości. Chodziłam z kąta w kąt i... czekałam.

Wreszcie. Byłam szczęśliwa, gdy pojawiły się sygnały, że do naszego spotkania pozostało już niewiele czasu. Byłam na to gotowa więc uniknęłam gorączkowej gonitwy przed wyjściem z domu. Pojechałam do miejsca, gdzie mieliśmy się zobaczyć i... znów musiałam czekać. Wiedziałam jednak, że to już niedługo.

Minęło sześć godzin. Byłam spocona, zmęczona i wciąż nie mogłam się Ciebie doczekać. W końcu usłyszałam uszczęśliwiony głos mojej mamy: "Danusia, mamy synka, jaki śliczny!" Nareszcie mogłam Cię zobaczyć i przytulić.

Pamiętam dobrze mój śmiech przez łzy i słowa. "Witaj synku, kocham Cię"
Michałowi (na urodziny) – mama

poniedziałek, 24 lipca 2006

Dla wszystkich starczy miejsca? (Moja kosmofobia

Pełna sprzeczności bywam.
Z jednaj strony uzależniona od ludzi, lgnę do nich jak mały szczeniaczek.
Z drugiej - patrzę na nich spod rudej grzywki, a w moich oczach jest wrogość. Denerwują mnie. Nie lubię ich nawet ich nie znając.
Idę przez miasto, właśnie zjadłam jabłko. Wlokę się przez ulice z tym nieszczęsnym ogryzkiem w ręku i przez pół godziny nie mogę spotkać żadnego kosza na śmieci. Nie mogę pozbyć się dowodu zbrodni dokonanej na niewinnym owocu. Niecierpliwa jestem, rezygnuję - ogryzek ląduje w krzakach.
Przyjeżdżam po pracy do domu i robię porządek w torebce. Stosik na stole się powiększa: Puste paczki po papierosach, bilety, opakowania po cukierkach czy gumach do żucia, notatki, które straciły swą ważność, zużyte karty telefoniczne, paragony (po kiego diabła wożę ten śmietnik ze sobą od tygodnia?). Stosik ląduje w koszu.
Rodzinny wypad nad wodę. Cudne jeziorko, kilka drzew, jakieś krzaki, spalona słońcem trawa na polanie. Rzygać się chce. Całość aż się mieni kolorami: Opakowania po chipsach, puszki, butelki, papierki, reklamówki.
My też musimy jeść aby żyć. Papier z kanapki służy jako magazyn na skorupki od jajek, skórki z ogórków. Reklamówki to prowizoryczne kosze, plastikowe butelki wracają do domu - na jutro też zamrozimy sobie w nich sok.
Ludzie. Po godzinie wykonanie slalomu między kocami rozłożonymi na plaży przestaje być możliwe. Mam to gdzieś - wędruję przez środek czyjegoś koca upiaszczonymi stopami. Moje spojrzenie zniechęca właścicieli od komentowania.
Grzejmy się na kocu. "Ciszej, synku, nie wszyscy chcą nas słuchać" - strofuję łagodnie pociechę. Obok nas jakaś rodzinka w doskonałych humorach spędza weekend.
- Hehehe, kurwa - ryczy wesolutko dziadek.
- No, ja pierdolę - wtóruje mu chichocząc mama...
Grill grilla grillem pogania. Miałam się opalać, nie udało się - uwędziłam się tylko. Patrzę na grillujących z zazdrością. Oczyma duszy widzę wieczór, ognisko, kochanych ludzi otaczających ogień. Jakaś gitara, nieśmiały śpiew. Spalona na wiór kiełbasa, ziemniaki z popiołu nie podlane piwem...
Wypływam daleko w jeziorko, by uwolnić się na trochę od tych wszystkich ludzi. Bliżej brzegu można paść od alkoholowych wyziewów innych pływających. Synuś - twardziel - płynie za mną. Śmieszny jest z tym kółkiem. Muszę troszkę wrócić ze względu na niego. Jest bardzo dumny z pokonania takiego dystansu, z tego, że pokonał swój strach. Ja jestem dumna z niego. Matka i Syn razem. Sielanka. Cieszę się chwilą, niedługo niestety. Obok nas trzech kretynów z obowiązkowym chmielowym oddechem szaleje w wodzie. Jeden z nich przewraca się razem z materacem, tworząc falę, która zalewa synkowi buzię. Mały przerażony łapie oddech. Ja chciałabym, żeby ów kretyn nie wypłynął spod swojego materaca. Przecież można było się bawić parę metrów dalej nie czyniąc nikomu krzywdy.
Kłótnia z synkiem, bo nie mówiąc nic nikomu poszedł "popływać". Idę rzucić na niego okiem. Tak na wszelki wypadek, chociaż raczej jestem o niego spokojna. Na wodzie ponton w pontonie roczny dzieciaczek. Rodzina dzieciaczka griluje na brzegu kilkanaście metrów dalej, ratując się przed upałem chłodnym piwkiem.
Weekend na łonie natury nas wykończył. Wracamy do domu odpocząć. Zwijamy obozowisko. Nasze śmieci magazynowane przez cały pobyt w jednym miejscu transportujemy do najbliższego kosza. Dodatkowo każdy z nas zbiera dodatkowo po jednym "nie naszym" śmieciu.
"Dla wszystkich starczy miejsca, pod wielkim dachem nieba"? Wątpię...
Ps. Tata tylko raz poszedł popływać... Potem, ze swoją ograniczoną sprawnością ruchową nie miał już szans dostać się dowody pomiędzy plażowiczami, którzy musieli rozkładać swoje bety na mikroskopijnym skrawku plaży...
NIE LUBIĘ LUDZI

piątek, 7 lipca 2006

Homo homini lupus est (a ja jestem głupia)

Bo nie potrafię zrozumieć jak to możliwe.
Jak można wpaść na pomysł "zrobię sobie bombę, ale będą jaja, jak kilkaset osób wyleci w powietrze"
Nie wiem, jak można być tak wypranym z jakichkolwiek śladów empatii
Nie wiem, jak można nie zadać sobie pytania: A jeśli to spotkałoby moje dziecko/rodzica/partnera/rodzeństwo?

Co daje takie poczucie władzy? "Entliczek, pętliczek, dziś w powietrze wylatujesz Ty - tak, Ty z tego wagonu. Nie, nic do Ciebie nie mam, taki kaprys, po prostu..." Co dostaje się w zamian - przyjemność jak po zjedzeniu czekolady? Uniesienie na miarę orgazmu? Po co to wszystko?

A zamachowcy - samobójcy? Kto i w jaki sposób był w stanie pozbawić ich najbardziej pierwotnego instynktu, instynktu samozachowawczego, instynktu przetrwania?

A co dalej? Emocje opadają i co później? "Fajnie było, zrobię sobie nową bombę?"

"Człowiek - to brzmi dumnie" ktoś rzekł (i tu wstyd, bo nie pamiętam kto).
Na pewno???

Nie chcę rozważać wszelkich pobudek polityczno-religijnych takich działań, bo nic mi to nie mówi. Zresztą polityka, czy religia, to LUDZIE,którzy ją tworzą...

NIE ROZUMIEM!!! (i nigdy nie zrozumiem). Głupia jestem i wyjątkowo dobrze mi z tym.

PS. 07.07.2005 nie było mnie w kraju i byłam odcięta od mediów. O zamachu dowiedziałam się dużo później. Pierwsza myśl pobiegła w kierunku przyjaciółki, która tam mieszka. Irracjonalnie trochę, bo jakie prawdopodobieństwo było, że z wielomilionowej metropolii padnie akurat na nią? Niejednokrotnie próbowałam się do niej dodzwonić i coraz bardziej ściśnięty miałam żołądek, gdy po raz kolejny nie udało się nawiązać połączenia...

Prawdopodobieństwo jednak jest irracjonalne, Ona rzeczywiście tam była. W samym centrum wydarzeń. Żyje i szczęśliwa jest. Jednak kilka blizn na twarzy nigdy nie pozwoli jej zapomnieć i żyć tak do końca normalnie. O bliznach w psychice nie wspominam...

Dopiero teraz oglądam relacje z obchodów rocznicy i przy okazji archiwalne materiały sprzed roku... I wciąż nie mogę zrozumieć...

czwartek, 6 lipca 2006

Trauma zostaje

Na całe życie.
Zatopiona w codzienności
Nie pamiętasz...
Ułamek sekundy
I znów jesteś tam
Z tak samo ściśniętym żołądkiem
Krzykiem uwięzionym na dnie gardła
Mózgiem niezdolnym do pracy
Unieruchomionymi strachem kończynami.
Jak wtedy...
Spokojnie...
Jest dobrze...
Jesteś bezpieczna...
To tylko trauma...
Już po wszystkim...
PS. Ona wróci, Ona nigdy nie odchodzi na zawsze...

wtorek, 2 maja 2006

Co nas nie zabije to nas wzmocni, czyli o bliznach na serduchu

Jakoś ten świat tak głupio urządzony, że gdzie się człowiek nie obejrzy, tam ktoś go kopnie w sam środek serca. I każdy z nas ma takich zaliczonych kopniaków na koncie mnóstwo. Czas, jak wiadomo, leczy rany. Po niektórych kopniakach zostają blizny głębokie, których nigdy się nie pozbędziemy, po innych śladu nie będzie, mimo, że w chwili otrzymania ciosu wydaje nam się, że świat się skończył, rana jest śmiertelna i żyć się dalej nie da.
Najprostszą i jednocześnie najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, to poddać się. Zamknąć się w sobie, schować serducho wyciągnięte do tej pory na dłoni, powiedzieć: "Nigdy więcej", dojść do wniosku, że ludzie są okrutni, że nie warto nikomu ufać, zgorzknieć, zdziwaczeć...
Można też inaczej – Pozornie na przekór wszystkiemu nadal wierzyć że warto, że ludzie nie są źli. Trzeba mieć tylko cały czas świadomość, że lekko nie będzie, że trzeba będzie sparzyć się jeszcze milion razy, przygotować się, na to, że jeszcze milion razy będzie bolało. Nastawić się na wieczną walkę z wątpliwościami, czy takie wystawianie się ma jakikolwiek sens. Być gotowym, by złapać za nadgarstek podniesioną, zaciśniętą w pięść rękę innej poranionej duszy.
Za milion pierwszym razem zaciśnięte palce rozluźnią się, a dłoń opadnie na policzek w miękkim, czułym geście.

sobota, 18 lutego 2006

Piękno leży w oku patrzącego

Na pewno znasz to uczucie. Budzisz się rano obok Niego, przeciągasz leniwie i uśmiechasz leciutko na wspomnienie poprzedniej nocy i na myśl o tym, co może wydarzyć się za chwilę. Czujesz się niesamowicie piękna. Więc suniesz taka śliczna i rozkoszna do łazienki... I co?

W lustrze jakaś opuchnięta twarz, oczy sine od resztek wczorajszego makijażu („trochę” wam się wczoraj spieszyło), na głowie jakieś dziwne, skołtunione „niewiadomoco”... Nie mówiąc już o tym, że wchodzisz pod prysznic i kłują cię w oczy: krzywe nogi, rozstępy, cellulitis, za duże biodra, pieprzyk nie tam, gdzie trzeba, biust nie taki (niepotrzebne skreślić, brakujące dopisać)... Można się załamać...

Tylko po co, skoro zaraz do łazienki wejdzie On i znów zobaczysz ten zachwyt w jego oczach i poczujesz taki sam zachwyt w jego dłoniach... (tu opuśćmy dyskretnie zasłonę milczenia...)

Jaki z tego wniosek? Żegnajcie kompleksy! Bye, bye!!!

poniedziałek, 13 lutego 2006

Skończyłam rok

PROLOG
Notka dzisiejsza (łącznie z epilogiem) to przepisany dosłownie fragment mojego jak najbardziej intymnego pamiętnika.
Niewtajemniczonych informuję, że wydarzenia działy się w Atenach (chociaż jakie to ma w sumie znaczenie...).

13.02.2005 (niedziela)

Szczególny dzień. Jesteśmy u Marty. Jej mama czuje dziwny swąd, ale ojciec uspokaja ją, że przed chwilą palił papierosa i to jest źródłem nieprzyjemnego zapachu.
Awantura na klatce schodowej. Nagle wysiadły korki w mieszkaniu. Krzyki na klatce coraz głośniejsze. Ojciec Marty wygląda na zewnątrz. Zatrzaskuje drzwi.
- Jest pożar, wszyscy na zewnątrz!
Zbieramy kurtki, torebki, telefony, klucze... Ubieramy sie. Jeszcze pomagam ubrać się Małgosi. Nie zapinam butów, bo szkoda czasu. Wychodzimy.
Nie wiedziałam w co wchodzę, zaczerpnęłam powietrza... Brak tlenu, sadza w płucach, oddychać nie można. Zatrzasnęły się za mną drzwi. Kompletna ciemność. Nie wiem, gdzie schody, tracę orientację. Jeszcze próbuję znaleźć drogę, ale mam świadomość, że czasu jest niewiele. Panika. I myśl o rodzinie:"Przecież oni nawet nie dowiedzą się co się stało!" Krzyczę (po grecku!):
- Nie widzę wyjścia!
Tracę oddech, tracę nadzieję... i słyszę:
- Gdzie jesteś?
- Nie wiem, nic nie widzę!
Idę w kierunku głosu. Silna ręka łapie mnie za ubranie na klatce piersiowej i ciągnie. Plączę się w niedopiętych butach, upadam.
- Nic, nic, już się zbieram...
Już wiem, że będzie dobrze. Wychodzimy.

EPILOG (dopisany już w kraju)

Z pomocą A. pozbierałam się w miarę szybko. Może tylko pochłonięta sadza przyspieszy przybycie astmy, na którą i tak jestem skazana...
Do dziś jednak jestem wyczulona na zapach spalenizny. Ślad pozostanie na zawsze...